Piwem i Mieczem cz. 2

odc2cKopalny nie wahał się zbyt długo w podjęciu decyzji o historycznym bez mała znaczeniu. Jego nogi zdecydowały za niego same i skierowały go do tawerny „Pod Śpiącym Trollem”.
Wnętrze gospody było zadymione i wypełnione gwarnym tłumem ludzi wszelakiego pokroju. Nasz bohater schylił głowę w niskich drzwiach wejściowych i ruszył do szynkwasu. Z tłumu obserwowały go oczy ukryte pod szerokim rondem kapelusza. Jedno i drugie było osobistą własnością naczelnika cechu złodziejskiego w Lidzbarku. Kopalny ciężko opadł na ławę, przy kolebiącym się stole, dzierżąc w garściach dwa potężne kufliska piwa. Obok na tej samej ławie zasiadł olbrzymi osiłek o mocy tura, a na przeciwko drobny pryszczaty facet, wyglądający na zbója.
– No mości rycerzyku, jesteś tu nowy i zapewne nie wiesz kto tu rządzi – rzekł pryszczaty jegomość o zadartym nosie.
– Jestem nietutejszy, ale o ile mi wiadomo to rządy tu trzyma jaśnie pan kasztelan Trzask pierwszy i ostatni – Kopalny zrobił przerwę w sączeniu piwa.
– Ejże, od razu widać żeś to od niedawna. Prawdziwe rządy w tym mieście trzyma król złodziei i naczelnik cechu
złodziejskiego, mistrz Borekiusz Przebiegły. Wiesz li co to złodziej rycerzu?
– Eeee, tak to taki łobuz co starym babciom bieliznę kradnie ze strychu – odpowiedział roztropnie Kopalny. Pryszczaty poczerwieniał ze złości i z zakamarków płaszcza wydobył długi nóż o szerokim ostrzu.
– Urwę ci łeb i nasikam do szyi rycerzyku! – wysyczał przez zaciśnięte zęby, a następnie starym saraceńskim sekretnym pchnięciem w serce zaatakował Kopalnego. Ten nie tracąc zimnej krwi, grzmotnął złodzieja tradycyjnym starym i sekretnym uderzeniem barów piwnych kantem kufla w nasadę nosa. Pryszczaty jęknął cicho i nieprzytomny poleciał pod najbliższy stół.
odc2aW tawernie zaczęła się zabawa.
– Biją naszych! – wykrzyknął jakiś dziesiętnik wskakując na stół i wywijając zydlem nad głową. W odpowiedzi z głębi sali nadleciał kufel bojowy, który skutecznie zgasił jego zapał na kilka najbliższych godzin. Reszta gości złapawszy co poręczniejsze narzędzia do bójki, rzuciła się do walki. Borekiusz przezornie wycofał się poza tawernę. Zaczęła się zaciekła bitwa. Ponad tłumem unosiły się okrzyki wojenne i przelatywały kufle, puste butelki i wybite zęby,  a pod nogami walczących przemykał się na czworakach Kopalny. Kiedy dotarł do drzwi, wyskoczył na zewnątrz i pognał jak oparzony w stronę bramy wjazdowej do Lidzbarku. Już spokojnym krokiem opuścił miasto i ruszył traktem na wschód. Pogoda była wprost wymarzona na pieszą wędrówkę. Słoneczko grzało cudownie, a wiaterek chłodził oblicze. Idąc traktem na Jeleń Kopalny pogwizdywał sobie pod nosem i trzymał ręce w kieszeniach. Zapewne droga do sioła obyłaby się bez niespodzianek, gdyby uważając na drogę nie zboczył z niej, nie wszedł na teren który każdy inny człowiek mający choć trochę oleju w głowie ominąłby dużym łukiem, aż w końcu… nagle stracił grunt pod nogami , poleciał głową w dół, po czym upadł na coś miękkiego, ciepłego, falującego równym rytmem. Z góry padał snop dziennego światła oświetlający podłożę pieczary zasypane przeróżnymi odpadkami. Wśród potrzaskanych gnatów walały się połamane miecze, porozbijane zbroje i tarcze, oraz wiele innych śmieci. Gdy Kopalny zaczynał dochodzić do siebie po przebytym szoku, coś na co był upadł zaczęło siadać i Kopalny sturlał się na zaśmiecone podłoże.
– Co jest? Kto tu się mniota? Aaaa, tu cię mam!
Ruchome podłoże okazało się być potworem o obrzydliwym wyrazie pyska i zielonobrunatnej, pooranej głębokimi bruzdami skórze.
– Co bhatku? Wpades hycezyku. Skhabów sie zaciewa, co? Zahaz stoczemy sthaszne bithe o skhaby hycezyku.
Kopalny rozdziawił szeroko usta i patrzył na trolla w niemym podziwie.
– Juz tu eden tahi bul, alem mu cehep joy’em hozcepił. Jeheli ces sobroć skhaby mus tobi phac se zemno na pały –
poinformował troll z groźną miną i podniósł z ziemi swoją maczugę nabijaną krzemieniami.
– Hej, zaraz, zaraz! – Kopalny opanował się na tyle aby móc cokolwik wykrztusić.
– Zahaz to taka oghomna baktehia – odpowiedział roztropnie troll.
– Mam gdzieś te twoje skarby i pranie się na pały!
– Co ty? Ne bedemy sa phali? Necesz skhabów? O psia khew. To co ja ma z tobo zhobić?
– Mam nietuzinkowy pomysł. Napijmy się piwa – zaproponował Kopalny.
– Hmmm…
– Pomyśl tylko, po co mi twoje skarby skoro mam zgładzić smoka i za to kasztelan ma mi dać swoją córkę za żonę.
– Smoka powadah. To cuś inhego.
Okazało się, że troll ma u siebie spory zapas trunku o złocistym kolorze i czas do rana naszej dwójce minął miło przy pijackich piosenkach. Gdy nad światem wzeszło słońce troll z Kopalnym byli już w dobrej komitywie.
– Wies, jo sezwom Bed, a to je mój joy – troll wskazał na swoją ogromniastą maczugę – a te skhaby to taken bajeh co by miać phace.
– To po co ty tu siedzisz? Przecież nie ma czego tu pilnować.
– Wies to taka thadycja. No, mój phadziad sedzal, dziad sedzal, otet sedzal, to i ja sedzal.
– Wiesz co Bed, rzuć to zajęcie bo ludzie zaczęli się ciebie bać. Jak nie masz co robić, to możesz kosić trawniczki. Żebyś wiedział jakie to rozwijające zajęcie. Albo chodź ze mną, mnie będzie raźniej a i ty będziesz miał do kogo gębę otworzyć.
Południe zastało ich na drodze prowadzącej na północ wzdłuż brzegu jeziora. Bed niósł swoją ogromną maczugę i olbrzymią baryłkę z pięknie rzeźbionym szpuntem w kształcie łba kaczora, wypełnioną piwem. Kopalny niósł swój miecz i cały czas konwersował ze swoim nowym kompanem.
– Wiesz, taki gad co to ludziska go smokiem nazywają to nie byle kto. Na pewno ogniem umie przysmażyć, albo co jeszcze gorszego.
odc2b– Et tam. Smahne go w czhehep moim joy’em i thyle go widziali.
Droga ubywała im w miłej atmosferze i nie zauważyli jak zaczęło się zmierzchać. Tuż przed zachodem dotarli do miejscowości Dwór w której na szczęście była karczma „Pod Śpiącym Rycerzem”. Nie tracąc czasu zameldowali się na nocleg w tym właśnie miejscu.
Kopalny śmiało wkroczył w progi gospody i zamówił piwo dla siebie i Beda, oraz coś na ząb. Przybycie nowych gości do oberży dało temat do rozmów.
– Widzieli wy kumie? Rycer a z trollem się kuma.
– Jo rasistą nie jestem, ale nie pozwolę co by troll, lebo elf w naszej karczmie siedział niże u się.
Rozmowy przybierały na temperaturze i coraz częściej kmiecie spoglądali na Kopalnego i Beda. Troll zauważył wrogie spojrzenia skierowane w ich stronę i nachylił się do swego kompana.
– Coś na nas za bahdzo łypią. Zdasie że bede mus kogo sphać moj joy’stick.
– Eeee, zdaje ci się. Tutaj są po prostu takie a nie inne obyczaje – ledwie Kopalny skończył, kiedy do ich ławy podeszło kilku osiłków.
– No mociem pan. My tu takich to nie chcewa, my lud spokojny i draby so tu u nas niwidziane ładnie. Prosiem po dobroci, idźta se dzie inszej bo zlejem okrutnie – przemówił młodzian wyglądający na przywódcę tłuszczy.
– Mówił że cóś łypią nie tak – zauważył Bed.
Kopalny spojrzał na Beda i na kmieci.
– Ależ panowie co jest? To spokojny okaz trolla, w dodatku melanholijny i lubi śpiewać. Bed zaśpiewaj coś tym facetom, bo gotowi nas stłuc na kwaśne jabłko.
– Wynocha! – powiedział ktoś z ciżby.
Bed podniósł się z ławy na całą swoją dwumetrową wysokość.
– Zphywajta. Co to ghostynosty nie znata hamy jedne? Nie wyjdemy nim zjemy za co my placyli shebhem. Zhozumieli?
Miejscowi jakby na to czekali.
– Lać ich chłopy. Nie bedą psie syny nas tu lżyci obelgować – zakrzyknął młodzian i ruszył na Beda mocno pochylony. Troll zgarnął go jednym zamachem prawej łapy i wpasował w zamknięte drzwi wejściowe. Kolejny przekroczywszy barierę dźwięku opuścił gospodę poprzez okno. Kopalny wykorzystał stary fortel, który kilkakrotnie ratował go z podobnych opresji i opuścił gospodę na czworakach. Dookoła przelatywały kufle, puste…
Bed nie opuścił placu boju i postanowił nie oddać pozycji za żadną cenę. Jego olbrzymie ręce zwinięte w pięści spadały z głuchymi pacnięciami na głowy nacierających. Kiedy tylko ustały odgłosy bitwy, Kopalny zebrał się na heroizm i zajrzał do gospody. Na środku sali stał jedyny cały stół przy którym siedział Bed i opróżniał kolejną miskę z kasą, a wokół walały się porozbijane sprzęty i niezdatni do czegokolwiek miejscowi kmiecie.
– No hycezu i po awantuze. Mozem tehas skoncyć posyłek.
– Ano możemy. Wiesz Bed wszystko pięknie i ładnie tylko ja nie wiem gdzie szukać tego smoka.
– Je to phoblem do hozhyzienia. Znam takeho edneho dhuida, on nam pomohe.
– To świetnie. Chodźmy spać, a jutro skoro świt poszukajmy druida.
– OK – powiedział troll i ruszył w kierunku wyjścia z gospody.
– Dobhanuc.
Kopalny popatrzył za Bedem.
– Ej, łóżka są na górze.
– Jo woleh czesthwe powiethe – odparł Bed.
– No cóż. Ja wolę zdecydowanie łóżko i pierzynkę – pomyślał (brawo!!!) sobie nasz bohater i poszedł spać w ciepłym i miękkim łóżku.
Nastał świt następnego dnia. Zapowiadała się urocza pogoda. Kopalny przekręcił się na drugi bok i otworzył oczy. To co stwierdził po przebudzeniu, to po pierwsze brak miecza pod zagłówkiem, po drugie w izbie na jednym z dwóch zydli stojących przy stole siedział jakiś delikwent i popijał piwo, po trzecie i ostatnie na stole stał cały antałek tego napoju.
– Nareszcie się obudziłeś – powitał Kopalnego nie kto inny jak sam Borekiusz Przebiegły, Mistrz Cechu Złodziejskiego w Lidzbarku i nie tylko. – Długo trzeba było czekać. Mam dla ciebie propozycję, korzystną dla nas obu.
– Dobra, dobra, dzisiaj jest niedziela i nie koszę żadnego trawniczka – odpowiedział zaspany jeszcze i lekko skacowany Kopalny.
– Nie wiem o jakim trawniczku mówisz, ale nie o to mi chodzi. Chcę żebyś wiedział, że kasztelan Trzask Pierwszy i Ostatni chce sobie przy twojej pomocy umyć ręce. Jak tylko wykonasz robotę jaką ci zlecił i pojawisz się na dworze w Lidzbarku, to zaraz myk do lochu – Borekiusz nalał sobie piwa do kufla i wypił jednym haustem.
– Jak to? Przecież miał mi dać Mirę za żonę, jak pokonam smoka.
– Terefere, obiecanki macanki a głupiemu radość.
– No to co ja mam teraz biedny zrobić?
– Kopalny przyssał się do trzeciego już kufla piwa. Powoli zaczynało mu się rozjaśniać w głowie.
– Zrób tak jak polecił ci kasztelan, a potem odezwij się do mnie, to damy tęgiego łupnia temu Trzaskowi. Co powiesz na tę propozycję?
– Chyba się dogadamy – Kopalny odstawił od ust pusty kufel już po raz siódmy.
– Więc słuchaj, zrobimy tak…
Trochę później Kopalny pogwizdując wesoło szedł za Bedem, prowadzącym do druida. Już po kwadransie marszu dotarli do grobli prowadzącej przez bagno. Na wiodącej grzbietem grobli ścieżce stał jakiś koleś ubrany w powłóczystą czarną szatę, oraz szpiczastą czapkę tegoż koloru haftowaną w srebrne gwiazdy i księżyce. W lewej ręce trzymał kostur.
– Stójcież, bo kulę płomienistą cisnę – zaskrzeczał koleś i podniósł prawą rękę do góry. – Jam wielki adept czarnej magii, Wiewióriusz Bezlitosny.
Przez groblę przejdzie tylko ten kto zgadnie moją zagadkę. Czy jesteście gotowi?

– Te onyś to czahownik. Co tehaz?
[Kopalny] – Poczekaj, mam pomysł – Kopalny uśmiechnął się słodko. – Mości czarodzieju ja też znam zgadywanki.
– To świetnie, powiedz mi zaraz jakąś.
– Zgoda, ale jak nie zgadniesz to nas przepuścisz.
– No dobra, niech i tak będzie.
– Jak to pijesz to od tego tyjesz?
– Eeee, nie wiem.
– Piwo! – krzyknął Kopalny i ruszyli z Bedem dalej.
– Hej! Ale to ja miałem zadawać zagadki! – Wiewióriusz złapał się za głowę. – Poczekajcie! Co ja mam teraz zrobić?
– Zmień zawód. Zostań zabójcą smoków.
– Ale gdzie mi szukać smoka? – zafrasował się magik.
– My idema na smoha – rzucił Bed. – Choda s name – i poszli razem.
Po sforsowaniu bagna dotarli do lasu i już po kilku minutach trafili na chatkę druida. Siwy facet ogromną chochlą mieszał w wielkim garze, mrucząc cały czas coś pod nosem. Gdy ekspedycja zbliżyła się do niego, podniósł głowę.
– Czego się tu szwędacie, nie macie innego miejsca? Idźcie sobie stąd, bo zawołam niedźwiedzia.

Kopalny podszedł bliżej i na wszelki wypadek ukłonił się nisko.
– Szanowny panie druidzie…
– Nazywam się Kaczoramix – żachnął się druid.
– Szanowny mistrzu Kaczoramixie, przybyliśmy tu abyś nam pomógł odnaleźć smoka, który pustoszy okolicę i sieje postrach – Kopalny zwietrzył zapach wywaru i poczuł okropny głód. Gdy ruid odwrócił się na chwilę, aby podnieść z ziemi kolejną porcję ziół nasz bohater zaczerpnął całą warząchwie i wypił jednym tchem. – Ale jestem przebiegły. – pomyślał sobie. Gdy Kaczoramix wrócił do kotła i wrzucał zioła do wywaru Kopalny zapytał
– To zupka grzybowa?
– Nie. To nasiadówka na „wilka”. – poinformował druid. Kopalny zbladł i wytrzeszczył oczy.
– To co z tym smokiem? Chcecie go znaleźć? Są dwa miejsca gdzie gad może teraz przebywac. Pierwsze to jaskinia w górach a drugie południowe rubierze moczarów. Jest jeszcze jedna możliwość, ale mało prawdopodobna. Smok poleciał na górę zwaną „Szczytem tajności”.
– O chohoba. To ono hesce lata. – Bed nie był najwyraźniej uszczęśliwiony tą wieścią.
– No cóż, takie są smoki. W dodatku nie tylko latają ale i zieją ogniem – druid starał się pocieszyć jak tylko umiał. – Od biedy mogę z wami iść i pomóc.
– Dobra – powiedział na głos Kopalny, a po cichu pomyślał „przyda się kucharz”. – Tylko gdzie iść?
– Dla mnie sphawa je phosta idziewa…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

*